SHATTER ME

.

Tytuł:
„Shatter me”

Wykonawca:
Lindsey Stirling

Data premiery:
6 maj 2014

.

Elfy pojawiają się wszędzie. Jedne w bajkach dla dzieci, jako przyjazne, miłe stworzonka, inne jako okrutne chochliki, które cieszą się nieszczęściem ludzi. Drobne, kilkunastocentymetrowe, bądź wielkie, potężne jak dąb. Właśnie z elfami kojarzy mi się postać Lindsey. A może jednak bardziej z dobrą wróżką…?

Lindsey Stirling, będąc małą dziewczynką zaczęła prywatnie uczyć się gry na skrzypcach. Przez dwanaście lat szkoliła swój talent. Kiedy zaczynała przygodę ze skrzypcami zainteresowana była również tańcem. Niestety, musiała wybierać. Niemniej, kiedy dorosła nauczyła się również tańczyć podczas grania na instrumencie, co można zobaczyć na  licznych filmikach, które publikuje na swoim kanale w serwisie YouTube.

Miałam przyjemność natrafić na Lindsey w zeszłym roku, podczas wakacji. Sposób, w jaki zagrała utwór Evanescence „My immortal” poruszył mnie do głębi. Od tamtej pory zaczęłam bacznie śledzić jej karierę, nocami odsłuchiwałam coraz to nowsze covery, przyglądałam się na filmikach magicznemu sposobowi poruszania się Lindsey podczas gry na skrzypcach, a niekiedy wsłuchiwałam się w jej delikatny głos.

Dziewczyna, a właściwie już dorosła kobieta, z miejsca zdobyła moją sympatię. Nie osłabła ona po odsłuchaniu drugiego już albumu amerykańskiej artystki.

Krążek zasługuje na wysoką notę z wielu powodów. Zacznijmy od początku. Wyobraźcie sobie, że trzymacie płytę „Shatter me” w swoich dłoniach. Obracacie ją pod różnymi kątami, oglądacie to przód, to tył. Z przodu widzimy Lindsey przedstawioną jako baletnicę, kruchą, delikatną. Dziewczyna z pozytywki. Myślę, że oprawa graficzna idealnie do niej pasuje. Bo Lindsey jest taką skromną osóbką, na wspomnienie której aż łezka w oku się kręci. Dziewczyna emanuje dobrocią, pozytywną energią, wszystkim najlepszym, co w sobie posiada. Baleriny, a nie dwudziestocentymetrowe szpile. Tutu zamiast wyzywającej mini.

Lindsey to prosta dziewczyna z wielkim sercem, co niejednokrotnie zademonstrowała. Pokazuje nam również jak silną osobą jest, pomimo filigranowej postaci. Należy ona do grona nielicznych artystów, do których czuje się respekt, których się szanuje i podziwia, nie tylko w jednej sprawie.

Przejdźmy zatem dalej. Wyobraźcie sobie, że otwieracie opakowanie, znajdujecie kompakt z dwunastoma utworami. Wkładacie płytę do odtwarzacza. Zaczyna się. Muzyka wypływa z głośników. I to nie byle jaka.

Stirling znana jest jako artystka łamiąca schematy, posiada swój własny styl i nie zamierza ulegać osobom z show biznesu, które namawiają ją do zmiany gatunku. Utwory Lindsey są potężną mieszanką, każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Od muzyki country, poprzez dubstep, rock, muzykę klasyczną, aż do hip hopu. Lindsey nie ogranicza się, pisze własne kawałki, coveruje innych wykonawców, z pomocą przyjaciela nagrywa do nich filmiki. Tylko kibicować i czekać na dalsze sukcesy.

Przy dwóch utworach z Lindsey współpracowały piosenkarki, wiadomo, Stirling grała na skrzypcach, a tamte śpiewały. „Shatter me”, piosenka o tym samym tytule, co płyta, została nagrana z pomocą Lzzy Hale, liderki zespołu Halestorm. Wrażenia? Rozrywa, dosłownie. Wielu emocji doznałam podczas jej słuchania, przez tygodnie krążyła mi po głowie i wciąż mi się nie znudziła. Przy kolejnym duecie towarzyszyła jej Dia Frampton (z Meg&Dia). Kolejny piorunujący kawałek.

Lindsey jest niczym dobra wróżka, ba, genialna! Jakimś cudem, pomiędzy nuty udaje jej się wpleść prawdziwą magię, błogość i przyjemność słuchania, chęć poznania kolejnych kawałków, płyt. To jest niemal namacalne. Jakby podczas grania na skrzypcach spod smyczka Lindsey wyskakiwały iskry, wylatywały motyle. Trzeba to dziewczynie przyznać, jest urodzoną skrzypaczką, potrafi przyciągać niczym magnes osoby, które z muzyką klasyczną nie mają nic wspólnego.

Może właśnie za tą różnorodność my, fani, kochamy Lindsey.

Życzę jej sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym i żeby dalej była tak cudowną osobą, jak jest.

Płytę już teraz możecie zamówić na 
http://www.empik.com/shatter-me-stirling-lindsey,p1096964481,muzyka-p
. A warto! ;)

5,5/6

Za ogrom emocji w towarzystwie Lindsey dziękuję empik.com :)

Sklep internetowy empik.com

→ by Raven Stark

WŁADCY CZASU

.

Tytuł:
„Władcy czasu”

Autor:
Alexandra Monir

Wydawca:
Wydawnictwo Jaguar

Data premiery:
25 czerwiec 2014

.

W dobie wampirów i wilkołaków (która, na szczęście dla niektórych, dla innych na nieszczęście, zaczyna dobiegać końca) coraz częściej ma się ochotę na przeczytanie książki o tematyce zupełnie odbiegającej od przerośniętych psów, wyjących do księżyca i błyszczących się niczym brokat bladoskórych. Nadmiar pozycji o danym gatunku, wbrew pozorom, jest ogromnym plusem. Czytelnicy nieświadomie rozszerzają swoje poszukiwania, kreatywność wskakuje na wyższy poziom, dzięki czemu większe prawdopodobieństwo, że natrafi się na prawdziwe perełki.

Władcy czasu” to kontynuacja tak ciepło w Polsce przyjętej książki „Poza czasem”. Drugi tom zamyka tę miniserię, tak, wiem, trochę przykro, że to już koniec. Trylogie, czterotomowe sagi? To znam. Ale po raz pierwszy spotkałam się z takim czymś, żeby były tylko dwie książki. Zawsze jakoś jest albo pojedyncza książka albo trylogia, czy wielotomowa seria.

Michele odkrywa, że jest podróżniczką w czasie. Dzięki pomocy klucza znalezionego w rezydencji dziadków może przenosić się dekady do tyłu, spotykając przy tym swoje przodkinie. Podczas jednej z takich wypraw poznaje Philipa Walkera. Oboje młodzi, oboje oczarowani muzyką. Czy romans nastolatków z dwóch różnych epok ma jakieś szanse na powodzenie? Jeśli patrzeć na skoki Michele w przeszłość, spotykanie Philipa w coraz to starszym wieku, wydaje się to istną niemożliwością. Ale czy dla miłości istnieje w ogóle takie coś jak „przeszkoda”? Właśnie.

Alexandra Monir podbiła serca czytelniczek swoją debiutancką powieścią. Wydawać by się mogło, że nie będzie kontynuacji. A jednak powstała. Powstała i… Czy aby na pewno warto było ją napisać?

Historia miłości, dla której nie istnieją ograniczenia. Miłości, która sama w sobie jest siłą, zdolną pokonać wszystko, co stanie jej na drodze. Michele i Philip spotkali się parę razy. Jednak te kilka chwil wystarczyło, żeby zaiskrzyło pomiędzy nimi. Połączyła ich wspólna pasja, miłość do muzyki, miłość do siebie nawzajem. Ona pisała teksty, on pozwalał, żeby nuty wypływające wprost z jego serca układały się w spoistą całość.

Kiedy Michele spotyka Philipa w szkole, w dwudziestym pierwszym wieku, nie może opanować swojej radości. Z wrażenia… mdleje. W chwili, w której ona już prawie pogodziła się z porażką, on zjawia się w ciele osiemnastolatka i Michele nie jest nawet jedyną osobą, która go widzi.

„All magic comes with a price”

On znalazł jakiś cudowny sposób, żeby się przenieść w jej czasy. Ona myśli, że teraz już nic nie stanie im na drodze. Tylko, że jest pewien haczyk. Philip jej nie pamięta.

W drugiej części, niestety, cała historia miłosna, która jest głównym wątkiem, prowadzącym tę powieść, zeszła na drugi plan. Autorka próbowała kombinować to tu, to tam. Niestety nie powiodło się.

Kiedy Czas przestaje być wrogiem, pojawia się kolejna postać, która nie tylko może odebrać Michele ukochanego, ale także zmienić bieg wydarzeń, sprawiając, że dziewczyna przestanie istnieć. Puff! i tyle z niej zostanie.

Z pomocą przyjaciółki, dziadków, ale przede wszystkim gnana przez własny zapał, stawia czoło złoczyńcy, nie poddaje się, nie, kiedy przeszła już tak wiele.

Książkę czyta się niebywale szybko, ani się nie obejrzałam, a to już koniec. Ale co to niecałe 240 stron dla pełnoetatowego mola książkowego! Dzięki wrażeniu, jakie wywarła na mnie pierwsza część, przez pierwsze sto stron gnałam jak poparzona, później zwolniłam, bo w końcu zrozumiałam, że to nie jest to samo.

Mimo prób i starań Monir, druga część wypadła słabiej. Biorąc pod uwagę fakt, że „Poza czasem” okazało się fenomenem, wydawało się, że kontynuacja będzie co najmniej dobra. Tymczasem wyszło… Wyszła książka, która nie jest zła, bo czyta się naprawdę fajnie, przyjemny język, w tle świat muzyki. Jednak miałam większy apetyt. Trochę się zawiodłam. Ale nie na tyle, żeby żałować przeczytania.

Polecam książkę, bo jest tego warta! ;)

5/6

Za książkę dziękuję portalowi Papierowy Pies

→ by Raven Stark

PERCY JACKSON I BOGOWIE OLIMPIJSCY

.

Tytuł:
„Percy Jackson i bogowie olimpijscy”

Autor:
Rick Riordan

Wydawca:
Wydawnictwo Galeria Książki

Data premiery:
16 kwiecień 2014

.

Tym razem odrobinę inaczej, bo recenzja łączona z Zuzią z Papierowego Psa! :)

Rick Riordan – autor bestsellerowych serii, takich jak: „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy”, „Kroniki Rodu Kane” oraz „Olimpijscy Herosi”; lub po prostu bóg trollingu, jak wolicie. Zadebiutował w 2005 roku „Złodziejem Pioruna”, pierwszą częścią pięciotomowej serii o Percy’m. Dzisiaj chciałybyśmy popolemizować o komiksowej wersji tej książki.

Sylwia: Brrrr… Powitajcie w gronie zabójców ulubionych postaci książkowych nowego członka! Suzanne Collins, Cassandro Clare, Veronico Roth, J.K. Rowling, proszę uprzejmie o przywitanie wujka Ricka gromkimi brawami (bo z takimi to lepiej nie zadzierać). Z twórczością Ricka zetknęłam się podczas zeszłych wakacji, więc komiks nie był dla mnie żadnym zaskoczeniem. A jak z Tobą, Zuzia, czytałaś wcześniej jakąś książkę God of Trolling?

Zuzia: Oczywiście, kto by go nie czytał? Niedawno zetknęłam się ze „Złodziejem pioruna” w wersji książkowej, a potem zakochałam się w całej serii.A Ty, oglądałaś film, który był klęską? Dla mnie książka była fenomenalna, ale do komiksu podeszłam z dystansem. Jak Ty czytałaś/ oglądałaś Percy’ego?

Sylwia: Przyznaję się bez bicia, najpierw pooglądałam ekranizację. I, bez czytania uprzednio książki oczywiście, ujdzie, że się tak wyrażę. Co prawda, aż się w oczy rzucało, że co niektórzy aktorzy od nastolatków odbiegają i wiekiem i wyglądem, nawet charakteryzacja im nie pomogła. Miałam zatem mieszane uczucia, nie wiedziałam, czy warto zabierać się za książkę. A u Ciebie? Najpierw była książka czy film?

Zuzia: Książka, a potem film, który jest w ogóle inny od pierwowzoru i mi się bardzo nie podobał. I właśnie dlatego (bo film mi się nie podobał) nie miałam do komiksu zbyt wygórowanych oczekiwań.

Sylwia: Tak, te ekranizacje, wszystko potrafią zepsuć…

Zuzia: Książkowa wersja Percy’ego i tak najlepsza <3

Sylwia: Absolutnie się zgadzam! Skoro już omówiliśmy i książkę i ekranizację, przejdźmy do tematu komiksu. Jako mała dziewczynka komiksy czytałam tylko z Power Rangers i Witch. „Skomiksowanie” Percy’ego? Pierwsza myśl: Hell yeah! Później pojawiło się w mojej głowie pytanie, czy połączenie książki i filmu, to aby na pewno najlepszy pomysł… Dystans, masz rację Zuzia.

Zuzia: Ja nie czytałam żadnych komiksów, dlatego dla mnie to było nowe doświadczenie i muszę powiedzieć, ze bardzo udane.

Sylwia: Tak czy inaczej, myślisz, że warto było? Mam na myśli stworzenie komiksu.

Zuzia: Myślę, że tak, dla fanów to będzie wspaniała rozrywka do poznania Perciego w innej formie i, żeby sobie przypomnieć ‚jak to było na początku’.

Sylwia: Osobiście odniosłam wrażenie, że temat Percy’ego jest trochę naciągany. Nie dość, że książka „narobiła szału”, ekranizacja, choć nie najlepsza, też nagłośniła tematykę i powiększyła fandom, to jeszcze teraz komiks. Takie zbijanie kasy. Ale kiedy zabrałam się za czytanie? Powoli zaczęłam zmieniać zdanie…

Zuzia: Widać, że postarali się, aby wydać komiks w ładnej formie, lecz chyba nadal wolę papierową wersję. Trzeba przyznać, że ilustracje są naprawdę dobrze wykonane, ale trochę inaczej wyobrażałam sobie bohaterów.

Sylwia: Przy tradycyjnej książce wyobraźnia musi się natrudzić, komiks to taka wersja light. Postacie w komiksach zazwyczaj są „kanciaste”, jednak wydaje mi się, że Percy’emu powinni zrobić delikatniejsze rysy, przecież to jest „skomiksowanie” książki, a nie filmu, chłopak powinien wyglądać na lat 12. Uważam jednak, że komiks jest idealnym rozwiązaniem dla najmłodszych czytelników, dopiero rozwijających swoją pasję mola książkowego.

Zuzia: Dla mnie wyglądał trochę za staro, ale jeśli ogólnie chodzi o ilustrację, sądzę, że ilustrator odwalił kawał dobrej roboty. Patrząc ogólnie na wszystkie wersje Percy’ego, ta nie była fenomenalna, ale też nie była straszna.

Sylwia: Chyba nigdy nic nie przebije tych z naszej własnej wyobraźni. Podobało mi się jednak cieniowanie, które wniosło komiks na wyższy poziom i sprawiło, że niekiedy obrazki wyglądały jak w 3D. Co do treści, przypomniałaś sobie coś, czy może wszystko pamiętałaś jeszcze z lektury?

Zuzia: Wszystko pamiętałam z książki, bo czytałam ją dość niedawno (maj/czerwiec), a ciebie coś zaskoczyło?

Sylwia: Cóż, na pamięć to ja może mogę narzekać, ale w chwilach, kiedy próbuję sobie przypomnieć, co gdzie położyłam. Przy książkach na szczęście pamiętam wszystkie szczegóły, nie było zatem jakiegoś „wow, co to było?!”. Brak opisów znacznie przyspiesza czytanie, uważasz same dialogi za plus, czy jednak minus, konieczny w przypadku komiksu?

Zuzia: Brak opisów jakoś szczególnie mi nie przeszkadzał i było to dla mnie nowym doświadczeniem. Tak, zgadzam się z tobą, że błyskawicznie się czyta, sama się zdziwiłam, że tak szybko komiks przeczytałam i może być to kolejny plus dla młodego czytelnika (zdaje mi się, że ten komiks był głównie wydany dla osób młodszych).

Sylwia: Wydaje mi się, że możemy śmiało stwierdzić, że zachęci on „dzieciaki” do czytania. Przynajmniej mam nadzieję! Podsumowując, ani trochę nie żałuję, że sięgnęłam po ten komiks. Ba, świetnie się bawiłam, pomimo tego, że historię Percy’ego dane było mi już poznać wcześniej. Czy czujesz to samo, Zuziu? Czy masz może odmienne zdanie?

Zuzia: Ja też w ogóle nie żałuję, że sięgnęłam po ten komiks. Sądzę, że młodsi czytelnicy będą zachwyceni i potem wezmą książkową wersję Percy’ego. Jeśli chodzi o starszych, to myślę, że będzie to wspaniała zabawa dla fanów serii lub dla osób, które w ogóle nie czytają (zawsze warto zacząć od czegoś, prawda?). Ogólnie komiks polecam jak i wszystko tego autora, bo ta seria powinna być przeczyta przez każdego.

Sylwia: Dokładnie! Komiks dostaje ode mnie porządną Siódemkę. Doceniam wysiłek włożony w narysowanie postaci, pod różnymi kontami, tak, aby scalały się w jedną postać, za dobranie kolorystyki. Myślę, że komiks byłby idealnym prezentem urodzinowym dla młodych dzieciaków/czytelników. A jak Ty go oceniasz?

Zuzia: Również daję 7. Naprawdę ilustracje były genialne i chciałabym, żeby wyszło „Morze potworów” w wersji komiksowej.

Sylwia: Oby. Tymczasem polecam komiks tym, którzy nie mieli jeszcze okazji po niego sięgnąć, a Tobie dziękuję za rozmowę.

Zuzia: Ja również dziękuję za rozmowę.

Rozmawiały: Zuzia Kudlińska i Sylwia Niemiec

Za komiks dziękuję portalowi Papierowy Pies

→ by Raven Stark

NOC ŚWIETLIKÓW

.

Tytuł:
„Noc świetlików”

Autor:
Elżbieta Rodzeń

Wydawca:
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Data premiery:
24 marzec 2014

.

Życie ludzkie nigdy nie będzie idealne. Zawsze będą pojawiać się niedogodności, choroby, ludzie, którzy za wszelką cenę będą się starali przeszkodzić naszemu szczęściu. A gdyby tak okazać innym choć odrobinę życzliwości? Może nie naprawiłoby to wyrządzonych szkód, ale z pewnością odrobinę by pomogło, przynajmniej psychicznie

Dziewczyna zamknięta w psychiatryku, skazana na śmierć nie tylko przez chorobę, ale i przez własnego doktora. Paulina od paru lat przebywa w szponach anoreksji. Co jest absurdalne, to to, że lekarz prowadzący, doktor Rumianek, zamiast jej pomagać, próbować zrozumieć, czy okazać choć odrobinę serca, okazuje się człowiekiem niegodnym swej posady. Wydaje się być pozbawioną ludzkich odruchów istotą. Zastanawia mnie, czy on posiada coś takiego jak sumienie. Odnosi się wrażenie, że dzikie zwierzę prędzej by pomogło komuś w potrzebie niż doktor R. Wszystko zaczyna się pogarszać, kiedy odsyła on Paulinę na oddział zamknięty. Doktor stwierdza, że dziewczynie już się nie poprawi, że w ciągu paru dni anoreksja zbierze swoje żniwo.

Z pomocą dziewczynie przychodzi młody pielęgniarz, który proponuje jej, że wyrwie ją z tego przeklętego miejsca, pomoże jej uciec. Paulina przystaje na propozycję Błażeja, co skutkować będzie w odkrycie tajemnic, o których nawet jej się nie śniło. Razem stawią czoło potężnym i wpływowych istotom. Dodatkowo rozwiąże się zagadka dotycząca dziadków Pauliny. Czy dziewczyna jest na to gotowa?

Zauważyłam, że u nas w kraju panuje stereotyp, że co polskie to bleee. I takim oto sposobem dziesiątki, a nawet setki, naprawdę uzdolnionych artystów są spychane przez zagranicznych autorów. Potencjał drzemiący w naszych ojczystych pisarzach przez wielu zostaje tłumiony już na początku, czasami nawet przed wydaniem książki. Czy słusznie? Ani trochę!

Ludzie są ludźmi i to, czy trafi się genialny pisarz wcale nie kłóci się z tym, że nie jest on Amerykaninem. Dlaczego więc z taką łatwością odtrącamy to, co nasze?

Pani Elżbieta Rodzeń jest pedagogiem terapeutą, nie są jej więc obce problemy z dziećmi, nastolatkami. Na co dzień pomaga im z problemami w nauce. Ludzie uprawiający ten zawód mają to do siebie (a przynajmniej powinni mieć – czasami na pewne stanowiska trafiają osoby, które nijak się do tego nie nadają), że są doskonałymi obserwatorami. Potrafią dostrzec najdrobniejszą zmianę, są niezwykle empatycznymi osobami. Gdzieś pomiędzy stronami powieści daje się zauważyć, że pani Elżbieta jest stworzona do tego zawodu.

W powieści pojawia się wątek z anoreksją, o problemach, jakie mają osoby, które na nią chorują, a także jak to się odbija na rodzinie chorujących, jak zmieniają się relacje pomiędzy nimi.

Książkę czyta się płynnie, szybko, wywołuje ona u czytelnika skrajne emocje, co jest niebywałym osiągnięciem, bo po przeczytaniu niektórych pozycji pojawia się reakcja w stylu „aha, no i co?, kto to w ogóle napisał? nie ważne, idę spać”. Punkt dla autorki. Świat elfów, w który czytelnik ma szansę się zagłębić niebywale wciąga, ma się ochotę na poznanie każdego najdrobniejszego szczegółu, a to i tak za mało.

Zawiodłam się nieco na zmianie, jaką przeszedł jeden z bohaterów. Ale może to moja słabość do czarnych charakterów?

Pierwszy raz poskarżę się także na nadmiar stron, wydaje mi się, że gdyby było ich sto mniej byłoby idealnie. W książce pojawia się wiele opisów, na brak akcji także nie można narzekać. Innymi słowy, stwierdzam, że „Noc świetlików” jest idealną książką na ciepłe letnie wieczory. Dodać gorącą herbatkę, ewentualnie coś słodkiego i można czytać! :)

5/6

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zyska i S-ka

Zysk i Spółka Wydawnictwo

→ by Raven Stark

DZIEWCZYNA, KTÓRA CHCIAŁA ZBYT WIELE

.

Tytuł:
„Dziewczyna, która chciała zbyt wiele”

Autor:
Jennifer Echols

Wydawca:
Wydawnictwo Jaguar

Data premiery:
17 październik 2012

.

Co się odwlecze to nie uciecze. 

Kiedy tylko książka „Dziewczyna, która chciała zbyt wiele” wyszła na rynek, wpisałam ją na swoją prywatną listę must have. Później jednak zajmowały mnie inne pozycje, to egzemplarze recenzyjne, to polecone przez znajomych „mega wciągające książki”. Zakup książki Echols odkładałam wciąż i wciąż na kolejny miesiąc. Bo jaki jest sens kupować książkę, skoro na półce walają się jeszcze dziesiątki nieprzeczytanych? Wiem, dla mnie też to  m a  s e n s, ale normalni ludzie tego nie rozumieją (m.in. moja mama), dlatego za każdym razem, kiedy akurat natrafiałam na księgarnie musiałam wziąć głęboki oddech i głośno powiedzieć do siebie, że jeszcze nie pora na nią. Do dziś tak robię, kiedy mam chętkę jakąś kupić.

Skoro tyle czekałam na tę książkę, to jak mogłabym odmówić sobie możliwości zrecenzowania jej?

Meg. Na pierwszy rzut oka buntowniczka, dziewczyna z rebeliancką duszą, uzależniona od adrenaliny, szalona nastolatka, która łamie prawo tak często, że nie sposób tego już zliczyć. Nie przywiązuje się do nikogo, ma gdzieś poważne związki czy poważne zachowanie. Carpe diem i tak dalej. Ale kiedy czyta się książkę, poznaje się bohaterkę z zupełnie innej perspektywy, co znacznie ułatwia narracja pierwszoosobowa. Meg zaraz po ukończeniu szkoły chce wyjechać na studia, wyrwać się ze szpon rodzinnego miasta, nadopiekuńczych rodziców, zostawić ich z podupadającą restauracją. Zacząć własne życie. Ale choćby nie wiadomo jak mocno próbowała, nie może oszukać samej siebie. Powody, dla których chce wyjechać są zupełnie inne niż się wszystkim wydaje.

Odnosi się wrażenie, że nic nie jest w stanie nakłonić upartej dziewczyny do zmiany zdania. Jednak któregoś dnia wpada w ręce gliniarza. Gliniarza, który nie ma zamiaru puścić płazem jej nieodpowiedzialnych wybryków, który planuje dla niej nauczkę, którą zapamiętać ma do końca życia.

Oboje mają swoje motywy, swoje priorytety. Każde z nich inaczej patrzy na świat. Każde chce czegoś innego, a jeszcze innego potrzebuje. Co się stanie kiedy dwa tak odmienne światy zderzą się ze sobą?

Po raz kolejny zetknęłam się w twórczością Jennifer Echols. W sumie przeczytałam już cztery jej książki. Mogę więc z łatwością wywnioskować,  j a k i e  są jej książki. Pani E. w niezwykle ujmujący sposób opisuje historie, relacje, zdarzenia, które mogą się zdarzyć w życiu każdego człowieka. Nie są to jednak głupie i puste bajeczki dla panienek. Każde z bohaterów Echols skrywa jakąś tajemnicę, coś co nadaje postaci unikalności, co sprawia, że książki posiadają drugie dno, czy to z bardziej tragicznym wątkiem w tle, czy mniej, czy w ogóle bez niego.

Książka napisana jest prostym językiem, czytelnik bez problemów może wczuć się w sytuację bohatera. Postacie są świetnie wykreowane, niemal mogę sobie wyobrazić jak zachowałyby się w innych sytuacjach, niż przedstawiono w książce.

Z biegiem czasu zarówno Meg, jak i Johnafter przechodzą diametralną zmianę, do której przyczynia się to drugie. Nawet nie zdają sobie sprawy, jak szybko się od siebie uzależniają.

Dawno nie spotkałam się z tak fajnymi bohaterami, z bohaterami, których mogłabym polubić, pomimo ich licznych wad. Podczas tego jednego wieczoru i jednego poranka, podczas którego czytałam książkę, bardzo się zżyłam z z Meg i Johnafterem, trochę żałuję, że nie będzie kontynuacji książki.

Echols trzyma poziom i mam nadzieję, że przy kolejnych książkach go nie obniży, co najwyżej podwyższy sobie poprzeczkę. :)

Książka dostępna na 
http://www.empik.com/dziewczyna-ktora-chciala-zbyt-wiele-echols-jennifer,p1056663647,ksiazka-p

5,5/6

Za książkę serdecznie dziękuję empik.com!

Sklep internetowy empik.com

→ by Raven Stark