RYWALKI

 

Autor: Kiera Cass

Wydawca:

Wydawnictwo Jaguar

Data premiery: 02.05.2014

Ilość stron: 333

Panie i panowie, przybyli goście, mam zaszczyt przedstawić Wam Córę Illéi, aktualną królową Kierę Cass! <No, na co czekacie? Bijcie brawo!> A tak na poważnie, Kiera nie jest królową, Illéa nie istnieje, a wy nie musicie klaskać. Chyba, że chcecie

Kiera urodziła się dobre trzydzieści trzy lata temu w Południowej Karolinie (jakby ktoś nie wiedział, to w USA), wieść o niej rozeszła się szybko po jej debiucie, a mianowicie głównym temacie mojej recenzji, ,,The Selection”*. Książka zaczęła cieszyć się wielką popularnością, bo która dziewczyna nie chciała przeczytać o księciu, sukienkach, o tym, że nawet panienka z najniższych kast mogła zostać królową? Opowieść jak z bajki zakropiona romansem i posypana dystopicznym klimatem. Czego chcieć więcej?

Ames** jest Piątką, na życie zarabia grając na instrumentach i śpiewając na różnych przyjęciach. Jako, że należy do piątej kasty (artyści), zajmuje się muzyką, którą zresztą uwielbia. Jej rodzina pracuje gdzie i kiedy tylko się da, jednak i to nie daje im wystarczających zarobków, by móc jeść syte posiłki, nie raz muszą „zacisnąć pasa”. Ale zawsze mogło być gorzej, America mogłaby być Ósemką, a dla niektórych to gorsze niż śmierć.

Dziewczyna od dwóch lat spotyka się z Aspenem, Szóstką z wiecznym kompleksem niższości i męską dumą. To on namawia Ames do zgłoszenia się do Eliminacji. Chociaż jej matka nic nie wskórała namawianiem córki do wysłania zgłoszenia, po gorących (i naprawdę męczących i wkurzających) błaganiach Aspena zgadza się to zrobić. Jest jedną z tysięcy dziewczyn w jej prowincji, nie spodziewa się więc, że to jej nazwisko zostanie wybrane i to ona będzie jedną z trzydziestu pięciu kandydatek. I to nie do byle czego. Nagrodą dla zwyciężczyni jest sam książę Maxon! Ale nie dziwicie się moje panie (i panowie), od lat królowa zostaje wybierana spośród narodu. Jak daleko zajdzie Ames i dlaczego? Czym wywoła u księcia skrajne odczucia, zarówno te pozytywne jak i negatywne?

Bohaterkę da się polubić, pomimo tego, że w domu pracuje dość ciężko, a w życiu nie ma kolorowo, nie narzeka jakoś szczególnie, zawsze mogło być gorzej (chodzi mi tu o jej żale, a nie sytuację finansową). Gorzej jest kiedy przychodzi co do czego i Ames musi wybierać pomiędzy Aspenem i Maxonem, momentami miałam ochotę złapać ją za szyję i tłuc jej głową o ścianę, bo wątpię, żeby inny sposób poskutkował. Aspen ble, to biegnie do Maxona, Maxon zrobi coś fuj, to zaraz wraca do Aspena i tak w kółko. Czy ta dziewczyna ma ze sobą jakiś problem?! Jej stosunek do innych postaci i zachowanie poza „wielkim romansem” bardzo mi się podoba, więc ją zaakceptowałam.

Historia jest dość przewidywalna, rzadko pojawiają się rzeczy, które wprawiają w osłupienie, aczkolwiek po tej książce nie spodziewałam się niczego więcej, poza miło spędzonym popołudniem. Książkę czyta się bardzo lekko, przyznaję, że pomimo braku zawiłości, słabo rozwiniętego wątku dystopicznego – myślałam, że będzie on co najmniej na równi z romansem, tymczasem jest wątkiem dość nikłym – mogę zaliczyć ją do udanych. Nie odciska na mnie swojego piętna, nie zajdzie daleko na mojej prywatnej liście bestsellerów, ale z chęcią przeczytam kolejne części, bo niezwykle wciągnęła mnie atmosfera zamku, sukienek, wymarzonego księcia…a okładka jest wprost bajeczna!

Podsumowując. Szału nie ma, dupy nie urywa, staniki nie lecą. No, chyba, że chodzi o Maxona… ;p

A tak szczerze, książkę warto przeczytać, choć wad jej nie brak. Jest w niej coś takiego, co choć w części pozwala czytelniczkom spełnić swoje dziewczęce marzenia.

 5/6

Wielkie DZIĘKUJĘ za szansę na zapoznanie się z Ames, kieruję do portalu Kotek.pl.
Ps. Pani Natalio, gdyby nie Pani, nie zaszłabym tak daleko, to Pani była pierwszą osobą, która dała mi szansę i to właśnie Pani zawdzięczam wszystkie sukcesy na tym polu. Jeszcze raz dziękuję i wszystkiego najlepszego! :) 

 

 

 

* Osobiście preferuję oryginalny tytuł, jednak polski mi nie przeszkadza —> „Rywalki”.

** W polskim wydaniu zdrobnienie od Americi brzmi „Ami”, jednak i w tym przypadku wolę zachować to z oryginału.

 

 → by C.C.Clouds

3 Komentarze

  1. hejaaa ;) nie jest gruba.. 333? jeden dzień.. serio ;)
    fabuła no całkiem niezłe, i gdyby w ferie trafiła w moje ręce, byłaby moja ;)
    przepraszam za nieobecnosć ;)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.