IGNITE ME

Autor: Tahereh Mafi

Wydawca:

Harper Collins

Data premiery:
4 luty 2014

Napisanie książki wbrew pozorom nie jest wcale aż takim wyczynem. Każdy cywilizowany człowiek jest w stanie sklecić w całość kilka zdań. Prawdziwym sukcesem jest napisanie dobrej książki, a już wybitnym osiągnięciem jest napisanie książki tak mocnej, że czytelnik nie jest w stanie wytrzymać do polskiej premiery i porywa się za oryginał. Tak, to niewątpliwie jest godne oklasków.

Tahereh Mafi zadebiutowała w 2011 roku, publikując pierwszą część trylogii ,,Dotyk Julii” (ang. Shatter me). Książka z miejsca porwała czytelniczki na całym świecie. Dwudziestoparoletnia muzułmanka zachwyciła nie tylko grono moli książkowych, prawa do ekranizacji wykupiło 20th Century Fox, miejmy nadzieję, że już nie długo przyjdzie nam oglądać kandydatów na głównych bohaterów.

Julia zdaje sobie sprawę, że może być jedyną, której może udać się powstrzymać Komitet Odnowy. Ale wie, że nie jest w stanie dokonać tego w pojedynkę, musi przyjąć pomoc ostatniej osoby, której kiedykolwiek chciała. Warnera. Wie jednak, że musi mu zaufać. To on uratował jej życie. Ochraniał ją, karmił, dbał najlepiej jak tylko potrafił. Jednak Julia wciąż ma obawy co do niego. A kiedy wyjawia jej nowości na temat Punktu Omega całkowicie się gubi.

Julia Ferrars jest niesamowitą dziewczyną. Jest bardzo dynamiczną bohaterką, na przestrzeni tych trzech części można zauważyć, jak z całkowicie słabiutkiej, złamanej psychicznie dziewczynki przemieniała się w silną i pewną siebie kobietę. Nie czepiałam się jej podczas pierwszej części, bo jej płacze, załamanie nerwowe były całkowicie uzasadnione, było mi jej nawet żal. W „Sekrecie Julii” powoli zaczyna stawiać na swoim, ale wciąż jest trochę taka bezbronna, boi się, że kogoś skrzywdzi. Trzecia część pokazuje już silną, zdecydowaną dziewczynę, która wie czego chce i nie pozwoli nikomu na manipulowanie nią. Transformacja bohaterki jaką przeszła na przestrzeni tych wszystkich części zasługuje na wielki aplauz.

Tak naprawdę dopiero w finałowej książce poznajemy prawdę o wszystkim i o wszystkich. Działania niektórych bohaterów miały zupełnie inne cele, niż Julia myślała, osoby, które do tej pory były jej oparciem zmieniają się o 180 stopni. Wyjaśniona zostaje sprawa blizn Warnera, zielonego pierścionka, jego matki. To niewyobrażalne, że aż tak bardzo polubiłam tego bohatera, a co więcej, potrafię zrozumieć jego czyny, jego poglądy. Czasami miałam po prostu ochotę dosłownie wejść do książki i go przytulić. Jego relacje z Julią również ulegają zmianie… ze względu na pewne incydenty, stety, niestety, jak kto woli.

W czasie lektury bardzo łatwo czytelnik utożsamia się z główną bohaterką. To dziwne, ale szczerze przyznam, że Julia jest jedną z moich ulubionych bohaterek płci pięknej. I nie irytuje, co bardzo ułatwia czytanie.

Podczas czytania łatwo można skojarzyć pewne fakty z własnym życiem. Wbrew pozorom nie jest to książka denna, dla przygłupich nastolatek, ale pełnowartościowa, wzruszająca i poruszająca do głębi lektura. Aż łezka w oku się kręci na wieść, że to już koniec. Ale jak to?! Tak szybko?… Jestem pewna, że nie raz, nie dwa będę wracać do tej trylogii, a już do tej części szczególnie. Czytając w oryginale, wciągnęłam się lepiej niż przy niejednej książce wydanej po polsku. Aż strach się bać, co będzie, jak sięgnę po polskie wydanie!

Nigdy nie zapomnę tej historii. Nie ma takiej możliwości. Trylogia, od początku do końca napisana perfekcyjnie, to prawdziwy skarb. Styl autorki aż prosi się o jakiegoś literackiego Oscara. Czasami zamierałam, czytając poruszające fragmenty, a niekiedy pękałam ze śmiechu, nie tylko dzięki poczuciu humoru innych bohaterów, ale też przez zachowania, emocje Julii.

Kiedy pierwszy raz sięgnęłam po ,,Dotyk Julii” i rozpoczęłam swoją przygodę z Tahereh Mafi, myślałam, że będzie to dobra książka. Fajna, miła, przyjemna, ale nic wyjątkowego. Po drugiej części zaczęłam wierzyć, że nie każda autorka, która napisała doskonałą pierwszą część, musi zrujnować kontynuację. A po finałowej, ostatniej książce zaczęłam skakać z radości po pokoju, jakbym była pod wpływem nie wiadomo jakich narkotyków. Piszczałam, cieszyłam się i dziękowałam Bogu za to, że istnieje na świecie taka pozytywna wariatka, która potrafi genialnie zakończyć historię.

Jestem również pozytywnie nastawiona co do okładek trylogii. Myślę, że okładka ,,Ignite me” w pewien sposób symbolizuje odmianę Julii, zmianę na lepsze, takie wręcz odrodzenie, jeśli popatrzymy na poprzednie okładki. Tak jakby każda z nich konotowała stan psychiczny bohaterki.

Chciałabym znaleźć wady w tej książce, naprawdę. Nie chcę, żeby wyszło na to, że moja ocena nie jest obiektywna, że po „Ignite me” jestem jeszcze na fazie, ale po prostu nie jestem w stanie. Nie jestem w stanie wytknąć Tahereh błędów, bo ich najzwyczajniej w świecie nie ma. Styl – niepowtarzalny. Fabuła – wciągająca. Bohaterowie – ciekawi.

Pozostaje tylko czekać na kolejne książki Tahereh a Was zachęcić do przeczytania dotychczasowych, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście.

6/6

 → by C.C.Clouds

————————————————-

Ps. rozdział pojawi się w niedzielę, a to dlatego, że od tygodnia leżę w łóżku chora, na wpół żywa, a nie chcę, żeby wyszło takie byle jakie coś.

RYWALKI

 

Autor: Kiera Cass

Wydawca:

Wydawnictwo Jaguar

Data premiery: 02.05.2014

Ilość stron: 333

Panie i panowie, przybyli goście, mam zaszczyt przedstawić Wam Córę Illéi, aktualną królową Kierę Cass! <No, na co czekacie? Bijcie brawo!> A tak na poważnie, Kiera nie jest królową, Illéa nie istnieje, a wy nie musicie klaskać. Chyba, że chcecie

Kiera urodziła się dobre trzydzieści trzy lata temu w Południowej Karolinie (jakby ktoś nie wiedział, to w USA), wieść o niej rozeszła się szybko po jej debiucie, a mianowicie głównym temacie mojej recenzji, ,,The Selection”*. Książka zaczęła cieszyć się wielką popularnością, bo która dziewczyna nie chciała przeczytać o księciu, sukienkach, o tym, że nawet panienka z najniższych kast mogła zostać królową? Opowieść jak z bajki zakropiona romansem i posypana dystopicznym klimatem. Czego chcieć więcej?

Ames** jest Piątką, na życie zarabia grając na instrumentach i śpiewając na różnych przyjęciach. Jako, że należy do piątej kasty (artyści), zajmuje się muzyką, którą zresztą uwielbia. Jej rodzina pracuje gdzie i kiedy tylko się da, jednak i to nie daje im wystarczających zarobków, by móc jeść syte posiłki, nie raz muszą „zacisnąć pasa”. Ale zawsze mogło być gorzej, America mogłaby być Ósemką, a dla niektórych to gorsze niż śmierć.

Dziewczyna od dwóch lat spotyka się z Aspenem, Szóstką z wiecznym kompleksem niższości i męską dumą. To on namawia Ames do zgłoszenia się do Eliminacji. Chociaż jej matka nic nie wskórała namawianiem córki do wysłania zgłoszenia, po gorących (i naprawdę męczących i wkurzających) błaganiach Aspena zgadza się to zrobić. Jest jedną z tysięcy dziewczyn w jej prowincji, nie spodziewa się więc, że to jej nazwisko zostanie wybrane i to ona będzie jedną z trzydziestu pięciu kandydatek. I to nie do byle czego. Nagrodą dla zwyciężczyni jest sam książę Maxon! Ale nie dziwicie się moje panie (i panowie), od lat królowa zostaje wybierana spośród narodu. Jak daleko zajdzie Ames i dlaczego? Czym wywoła u księcia skrajne odczucia, zarówno te pozytywne jak i negatywne?

Bohaterkę da się polubić, pomimo tego, że w domu pracuje dość ciężko, a w życiu nie ma kolorowo, nie narzeka jakoś szczególnie, zawsze mogło być gorzej (chodzi mi tu o jej żale, a nie sytuację finansową). Gorzej jest kiedy przychodzi co do czego i Ames musi wybierać pomiędzy Aspenem i Maxonem, momentami miałam ochotę złapać ją za szyję i tłuc jej głową o ścianę, bo wątpię, żeby inny sposób poskutkował. Aspen ble, to biegnie do Maxona, Maxon zrobi coś fuj, to zaraz wraca do Aspena i tak w kółko. Czy ta dziewczyna ma ze sobą jakiś problem?! Jej stosunek do innych postaci i zachowanie poza „wielkim romansem” bardzo mi się podoba, więc ją zaakceptowałam.

Historia jest dość przewidywalna, rzadko pojawiają się rzeczy, które wprawiają w osłupienie, aczkolwiek po tej książce nie spodziewałam się niczego więcej, poza miło spędzonym popołudniem. Książkę czyta się bardzo lekko, przyznaję, że pomimo braku zawiłości, słabo rozwiniętego wątku dystopicznego – myślałam, że będzie on co najmniej na równi z romansem, tymczasem jest wątkiem dość nikłym – mogę zaliczyć ją do udanych. Nie odciska na mnie swojego piętna, nie zajdzie daleko na mojej prywatnej liście bestsellerów, ale z chęcią przeczytam kolejne części, bo niezwykle wciągnęła mnie atmosfera zamku, sukienek, wymarzonego księcia…a okładka jest wprost bajeczna!

Podsumowując. Szału nie ma, dupy nie urywa, staniki nie lecą. No, chyba, że chodzi o Maxona… ;p

A tak szczerze, książkę warto przeczytać, choć wad jej nie brak. Jest w niej coś takiego, co choć w części pozwala czytelniczkom spełnić swoje dziewczęce marzenia.

 5/6

Wielkie DZIĘKUJĘ za szansę na zapoznanie się z Ames, kieruję do portalu Kotek.pl.
Ps. Pani Natalio, gdyby nie Pani, nie zaszłabym tak daleko, to Pani była pierwszą osobą, która dała mi szansę i to właśnie Pani zawdzięczam wszystkie sukcesy na tym polu. Jeszcze raz dziękuję i wszystkiego najlepszego! :) 

 

 

 

* Osobiście preferuję oryginalny tytuł, jednak polski mi nie przeszkadza —> „Rywalki”.

** W polskim wydaniu zdrobnienie od Americi brzmi „Ami”, jednak i w tym przypadku wolę zachować to z oryginału.

 

 → by C.C.Clouds

SZUKAJĄC ALASKI

 

Autor: John Green

Wydawca:

Wydawnictwo Bukowy Las

Data premiery: 10.09.2013

Ilość stron: 312

  

Pięć minut sławy Johna Greena uważam za rozpoczęte! Autor wkroczył na salony w 2005r. debiutując powieścią o szesnastoletnim chłopaku, Milesie Halterze, podbijając tym samym serca czytelników na całym świecie. Pierwsza jego książka zgarnęła dziewięć nominacji, kolejne pozycje pną się jeszcze wyżej. W Polsce dopiero od niedawna mamy okazję zapoznać się z tym autorem, do tej pory wydano trzy jego książki, w czerwcu tego roku będziemy mieli okazję zapoznać się z kolejną. Potwierdzeniem talentu Johna Greena jest zekranizowanie Gwiazd naszych wina – najnowszego dorobku autora. Czy jego pierwsza książka bardzo się różni od GNW?

Tym razem w roli głównego bohatera Green ”obsadził” Milesa, nastolatka, którego najlepszymi przyjaciółmi są jego rodzice, a całe dotychczasowe życie może opisać jednym zdaniem: nuda do kwadratu. Wątpię czy John kiedykolwiek postanowi napisać książkę o niby szarym dzieciaku, ale jednak wyróżniającym się spośród tłumu – tak zazwyczaj jest w większości lektur. Taka specyfika autora. Za rękę prowadzą nas ciche, nudne, nieinteresujące osoby, outsiderzy, których istnienie na co dzień się przemilcza, z pewnością nie zauważono by ich nieobecności. Bo nie są niezbędnikami społeczeństwa, ot takie sobie wyrzutki.

Nuda podnosi się do potęgi trzeciej, kiedy chłopak wyjeżdża do szkoły z internatem, do której niegdyś uczęszczał jego ojciec. Miles ma nadzieję, że przeprowadzka do nowego miejsca będzie przełomem w jego życiu towarzyskim. Kiedy jego matka organizowała przyjęcie pożegnalne dla syna, przybyło nań jedynie dwóch gości – blond kujonka i jej chłopak, z którymi Miles praktycznie nie zamienił wcześniej ani słowa. Nic dziwnego, że myślał, iż w nowej szkole będzie należeć do elity. W końcu to nie jego wina, że nie miał wcześniej przyjaciół. Jego marzenia, niczym bańki mydlane, przebija Pułkownik – współlokator Milesa. Na samym początku znajomości oznajmia chłopakowi, że nie zamierza być jego przewodnikiem, ani nawet przyjacielem. Nie chce niańczyć Kluchy, jak później zaczyna nazywać szesnastolatka. Z czasem jednak pomiędzy nimi rodzi się więź, zwyczajna kumpelska, daleko im do przyjaciół. Pułkownik przedstawia Milesowi Takumiego i Alaskę, dziewczynę o niesamowitych krągłościach, w idealnej proporcji, oszałamiającej urodzie i zabójczym charakterze. I amor przebija serce chłopaka strzałą. Niestety, Alaska ma już chłopaka.

Po pewnym czasie Klucha zostaje członkiem ich paczki, zbliża się w ten sposób również do dziewczyny. Opowiada jej o swojej pasji – zapamiętywaniu ostatnich słów sławnych ludzi. Jak widać, nie wszystkim w chwili śmierci całe życie przewija się przed oczami, niektórzy po prostu zostają w teraźniejszości. Miles coraz bardziej zadurza się w Alasce, to ona przeżywa z nim niesamowite przygody, przygotowuje różne wyskoki. Pułkownik nie pozwala sobie zamydlić oczu i stanowczo odradza koledze ten pomysł.

Wcześniej Miles był takim grzecznym, poukładanym chłopakiem, kujonem, wręcz lizusem. Kiedy przyjeżdża do Creek z początku chce nakablować na przewinienia innych uczniów, nie chce palić papierosów, czy pić alkoholu. Jednak Pułkownik, Alaska i Takumi mają zbyt duży wpływ na niego, by pozostał obojętnym na nielegalne propozycje, nie chce przecież żeby uznali go za mięczaka.

Szukając Alaski kusi oryginalną fabułą, niewątpliwie. Ale dobre intencje i jako taki pomysł nie wystarczą, żeby napisać wyciskacz łez, książkę o moralności. Potrzebne jest też doświadczenie, być może czas. John Green rozwinął swój warsztat, widać to po kolejnych książkach jego autorstwa. Jednak fakt, że jego debiut dostał się tak wysoko na szczeble New York Timesa, czy innych, nie znaczy, że zachwyca wszystkich. Owszem, jest to dobra lektura, która zawiera wartką akcję i tajemnice trudne do rozwiązania. Ale takich książek jest pełno. O ile popieram chwalenie GNW, tak ciężko mi określić Szukając Alaski równie dobrą książką, ale to debiut, więc wiadomo, że jest słabszy.

Pomimo, że nie książka arcydziełem, nie zaszkodzi przeczytać jej w wolnej chwili, kiedy potrzeba odpocząć od zgiełku codzienności, od problemów. Być może właśnie w niej znajdzie się pocieszenie.

 

4/6

Za książkę serdecznie dziękuję portalowi Gildia.pl

 

→ by C.C.Clouds

OGŁOSZENIA PARAFIALNE

Doszły mnie słuchy, że chcecie kolejny rozdział, prawda to? :D

Hellheaven łapie spóźnienie, bo dostawcy internetu nie dostarczyli internetu (nielogiczne to, wiem). I za co ja im niby płacę?! No dobra, nie ja, tylko moi rodzice, mniejsza z tym… Niemal cały tydzień nie mogłam złapać zasięgu, a jeśli już, to były to zaledwie ułamki sekundy. Dlatego serdecznie Was przepraszam za te niedogodności, sama jestem nieźle zdenerwowana tym internetem, ale mam nadzieję, że utrzyma się przez najbliższe kilkanaście godzin, więc:
a) kolejny rozdział pojawi się już jutro
b) będzie dłuższy
c) dorzucę niespodziewankę
d) guru od internetu powinien mi zapłacić w tabliczkach czekolady za te zszarpane nerwy, ale to szczegół…

Mam nadzieję, że wytrzymacie. :) Na rozluźnienie postaram się dodatkowo wrzucić jeszcze jakąś recenzję.

→ by C.C.Clouds