KINGS OF LEON. SEX ON FIRE

 

Tytuł: ,,Kings of Leon. Sex on fire”

Autor: Michael i Drew Heatley

Wydawca:

Wydawnictwo SQN

Data premiery: 07.08.2013

Kings of Leon, pochodzący ze stanu Tennessee kwartet, podbił świat muzyki na własnych warunkach. Zaprezentował śmiałą mieszankę klasycznego rocka, grunge’u i nowoczesnego brzmienia. Rezultatem okazała się muzyka, która przemówiła do publiczności składającej się zarówno z piętnasto-, jak i pięćdziesięciolatków. W swojej drodze na szczyt Kings of Leon zasłużyli na szacunek Boba Dylana, U2 i wielu innych gwiazd pierwszej wielkości. Z kolei suto zakrapiane imprezy i piękne kobiety sprawiają, że ich nazwisko stale gości w mediach.

W pierwszej pełnowymiarowej, rzetelnej biografii Michael Heatley śledzi losy Kings of Leon od czasów, kiedy byli jeszcze lokalną grupą pełnych nadziei muzyków, aż do chwili, gdy ich single Sex On Fire, Use Somebody i Notion wspięły się na szczyty list przebojów.

Niezwykłe pochodzenie i przekonania członków zespołu, a także ich styl życia, który sprawił, że trzymali się z dala od muzyki popularnej aż do 1997 roku, przyniosły fascynujące rezultaty. 

The Kings of Leon: Sex On Fire to napisana z rozmachem opowieść o jednej z najbardziej niezwykłych formacji rockowych naszych czasów.

 

Zacznijmy od tego, że to pierwsza biografia, jaką przeczytałam. Zagłębienie się w lekturze ułatwił mi fakt, że Kings of Leon to jeden z moich ulubionych zespołów, z chęcią więc zabrałam się do czytania. 

Zazwyczaj czytam powieści, tzw. ,,młodzieżówki”, zdarzają się również takie z głębokim przesłaniem, poważniejsze. ,,KINGS OF LEON. SEX ON FIRE” to pierwsza biografia, jaka znalazła się w mojej biblioteczce, czego, już na samym początku Wam oznajmię, wcale a wcale nie żałuję!

Dziś – jeden z najsłynniejszych, najbardziej rozpoznawalnych zespołów na świecie,  a kiedyś… no właśnie…

Niezaprzeczanie chłopcy, co ja mówię, teraz już stu procentowi faceci, zasłużyli na swój sukces. Ciężką pracą, wytrwałością pokazali, że wystarczy po prostu się przyłożyć, uwierzyć w siebie, a marzenia się spełnią. Trio braci Followillów przyszło na świat jako dzieci Ivana i Betty Ann, zgodnie z rodzinną tradycją wszyscy zwracają się do nich, używając drugich imion. Ivan Nathan, Anthony Caleb i Michael Jared większą część dzieciństwa spędzili na podróżach po południowo-wschodniej części Stanów Zjednoczonych wraz z ojcem, wielkim kaznodzieją i ich matką. Jeździli z jednej mszy na drugą na kilku-kilkunastodniowe rekolekcje (ich rodzina należała do Zjednoczonego Kościoła Zielonoświątkowców). Nigdzie nie zatrzymywali się na dłużej, wiedli typowe ,,życie na walizkach”.

Kiedy ojciec braci zrezygnował z kościoła, rozwiódł się z ich matką w 1997 roku - chłopcy przeprowadzili się do Nashville, gdzie zainteresowali się muzyką rockową. Wcześniej jedynym rodzajem muzyki, jaką słyszeli, była muzyka sakralna. Rockowych kawałków znali zaledwie kilka, kiedy udało im się posłuchać ich w radiu. Do powstania zespołu najbardziej przyczynili się najstarsi barcia – Nathan i Caleb. Dopiero po czasie wciągnęli w to swojego najmłodszego brata Jareda i kuzyna Matthew – aby podpisać kontrakt potrzebowali dobrać sobie więcej członków do zespołu. W jednym z wywiadów Caleb wspomina, jakoby ,,porwali” Matthew z jego rodzinnego miasteczka, mówiąc jego matce, że zatrzyma się u nich tylko na tydzień. W rzeczywistości nigdy nie wrócił na stałe do domu.

Zespół ciągle szlifował swój talent, nie próżnował. Jednak największy sukces osiągnął poza oceanem, w Wielkiej Brytanii. Na zadowolenie ojczystej publiczności musieli jeszcze długo poczekać. Z wielką radością przyjmowali swoje osiągnięcia, które tylko motywowały ich do dalszej pracy.

Stanowią dla mnie ogromny autorytet. Swoją muzyką oczarowali nastolatków, jak również tych, którzy swoje lata młodości mają dawno za sobą. Na tle innych zespołów Kings of Leon wyróżnia  charakterystyczny wokal Caleba, niesamowite przeciąganie wyrazów, których niekiedy publiczność nie była w stanie zrozumieć, brzmienie chłopaka z południa… jednym słowem: hipnotyzował i hipnotyzuje nadal. Kiedy słyszę jego głos, gdziekolwiek, od razu rozpoznaję, że to oni, że to właśnie Kings of Leon. Ma w sobie to coś. 

Na pochwałę zasługuje również, a jakże!, fakt, że przed założeniem zespołu jedynie Nathan umiał grać na jakimś instrumencie. Reszta wyszła w praniu. Tak naprawdę podczas ,,robienia kariery” uczyli się grać. Postanowili i tak też się stało. Walczyli o marzenia. Z każdą płytą zyskiwali coraz większą popularność, ich image ewoluował, choć w pewnym sensie pozostawał ciągle taki sam. Słuchając ich płyty, odbiorcy nie nachodziła potrzeba „przesunięcia” dalej, odsłuchania następnej piosenki. Nie sposób się przy nich nudzić.

Kings of Leon serwują potężną dawkę emocji, zdrową porcję mocnego rocka. Z pewnością nie jest to „boysband z przypadku”. Sami zapracowali na swój sukces, pokazując, że w pełni na to zasługują. Zawdzięczać to mogą wyłącznie sobie samym (niewątpliwie pomógł im również Angelo Petraglia i inni, ale to ich determinacja była tego kluczem).

Choć nie raz dochodziło między członkami KoL do starć, często dosyć bolesnych, bardzo się ze sobą zżyli. Wszystkie utrudnienia, jakie los postawił na ich drodze, tylko wzmocniły ich relację. I może to jest właśnie dzięki tamu wciąż możemy zachwycać się ich muzyką.

KoL stanowią wzór do naśladowania. Rodzinna więź potrafi przetrzymać wszystko, ciężką pracą można dorobić się sukcesu. Jeśli tylko bardzo się chce. 

Zapraszam do zapoznania się z historią Kingsów, nie zabraknie również ogromnej dawki śmiechu. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tej biografii, Wasz szacunek do nich się pogłębi, tak jak się stało w moim przypadku. Cieszę się, że miałam okazję przeczytać tę książkę. Serdecznie dziękuję za nią Wydawnictwu SQN, a Was już teraz zapraszam do zapoznania się z historią zespołu ;).

Wydawnictwo SQN

5,5/6

→ by C.C.Clouds

9 Komentarze

  1. Rzecz niecodzienna-moralistyczna biografia zespołu rockowego. Nie wiem, czy tylko tak to opisałaś, czy ksiażka rzeczywiście ma taką wymowę, ale jeszcze nigdy nie spotkałam sie z biografią, po której nabrałabym szacunku do jej bohaterów. Przeważnie moje odczucia błądziły koło „Biedaczki, tak zniszczyć sobie życie” lub „To się powinno leczyć!”…
    Ale nie znam tego zespołu, wiec nie wiem, czy dobrze oceniam. Mimo wszystko-uwielbiam biografie. Byleby nie Chopina! (A Chopina jest zawsze w bibliotece najwięcej…)
    Hej, naprawdę dobra recenzja, doszlifowana w każdym calu

        • Całkowicie Cię rozumiem!
          I szczerze przyznam, że nie cierpię takich snobów. Ale Kingsom chodzi przede wszystkim o to, by sprostać wyzwaniom, które oni sami sobie postawili. Jeśli o to chodzi, są bardzo ambitni i chcą być coraz lepsi. :D

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.